Co podkreślam, by fani doktora nie chwycili mnie pod ramiona i pod pal wyostrzony nie unieśli jako heretyka i profanatora.
Jako zwolennik Czarnego Humoru (makabra, ironia, groteska, pure nonsense), który to gatunek literatury cierpi w Polsce frapujący niedobór, a także jako miłośnik mistrza tego nurtu, Rolanda Topora, dedykuję tę pierwszą na eiobie publikację mojej prozy tak memu mistrzowi, jak i Hugh Laurie’mu.
Reklama : száraz szaunák
Zapraszam Was do przeczytania najnowszego z moich 400 opowiadań. Zaparzcie kawę, przysuńcie bliżej siebie talerz biszkoptów – i czytajcie…
Doktor Mouse i Baron Münchhausen
Dyrektor szpitala nie namierzała Mouse’a zbyt długo. Rzadko szukał schronienia w schowku na miotły, ominęła go więc i skierowała energiczne kroki swoich idealnie zgrabnych nóg do najbardziej pewnego miejsca.
Doktor Mouse siedział w swoim gabinecie w pozycji dziecka, które stara się o nieodwracalne skrzywienie kręgosłupa. Zafascynowanym, adekwatnie dziecinnym wzrokiem wpatrywał się w ekran telewizora, który astronauci uznaliby za monitor wykradziony ze sterowni wahadłowca.
Reklama : serwis instalacji gazowych warszawa
Candie skrzywiła usta, zamykając za sobą drzwi.
- Widzę, że wydłużyłeś sobie czas oglądania seriali z dwóch do ośmiu godzin – zauważyła kąśliwie.
- Nie oglądam serialu – sprostował Mouse niedbale, nie racząc spojrzeć ani na jej twarz, ani – co było dość frapujące – na jej biust i tyłek.
Odwróciła się więc do niego przodem, wydając niezbyt ciche westchnienie rozczarowania. Specjalnie dla Mouse’a wchodziła do jego gabinetu tyłem, nawet wyeksponowanym w kapucynkowy sposób tyłem – ale ostatnio ignorował tę gimnastykę poświęcenia.
Candie obniżyła wzrok i uniosła brwi.
- Mouse!… Zmieniłeś wykładzinę!
- Nie – zaprzeczył obojętnie. – Vicodin mi się rozsypał.
Z ekranu dobiegł szalony, niejako histeryczny śmiech, i Candie przesunęła nań zaciekawione oczy.
- To „Amadeusz” – odkryła zaskoczona. – Oglądasz „Amadeusza”!
Reklama : systemy ekspozycyjne
Powoli odszukał ją wzrokiem. Bardzo powoli – jakby rozglądał się za nią w półmrocznej pieczarze wypchanej stalaktytami, stalagmitami i szkieletami nonszalanckich grotołazów.
- Ten ton sugeruje, że najbardziej ambitne dozwolone mi filmy to „Czarnoksiężnik z Oz” oraz „Mary Poppins” – wymruczał łagodnie, acz nie bez sarkazmu.
Amadeusz Mozart zachichotał niczym obłąkaniec zaciągnięty nad brzeg strumienia w celu inkwizycyjnego podtopienia i Candie zmarszczyła brwi.
- Tego nie powiedziałam – usprawiedliwiła się. – Ale… Nigdy nie myślałam, że…
- …mógłbym oglądać musicale? – Wbił w nią to fascynujące, mocno nazistowskie spojrzenie socjopatycznych, urzekających lazurem oczu. Poczuła, że mięknie. Mouse też to poczuł i nasilił socjopatyczny urok swoich oczu, poprzez wytrzeszczenie ich w płazim natężeniu. Był w tym mistrzem.
Reklama : pranie restauracji
W gruncie rzeczy był w tym płazem.
Może nie tylko w tym.
Płazio-nazistowskie spojrzenie Mouse’a zawsze ją uwodziło. Mouse o tym nie wiedział, ale zazwyczaj po takim kontakcie czmychała do schowka na miotły i rozbierała się tam, łagodnie i wesoło pomrukując.
By natychmiast ubrać się, histerycznie i w zrezygnowaniu pochlipując.
A raczej – to ona nie wiedziała, że Mouse o tym wiedział.
Mozart znowu zachichotał histerycznie. Tym razem jak szesnastoletnia Indianka osaczona pod wodospadem przez tuzin zdziczałych traperów, drwali i mormonów.
- Nie oglądam filmu w rozrywkowym sensie – wyznał Mouse pobłażliwie.
- A w jakim jeszcze sensie ogląda się filmy?
Reklama : obrusy
- Medycznym. Rozpoznawczym. Diagnostycznym.
- Diagnostycznym? – teraz to ona szerzej otworzyła oczy. Porzuciła też tę kapucynkową pozę, prostując plecy, co natychmiast poprawiło jej wizualną rangę.
Mouse powrócił skupionym wzrokiem do ekranu.
- Rozpoznaję choroby Mozarta – obwieścił obojętnie.
- Na podstawie jego tęczówek? – zakpiła.
- Na podstawie śmiechu.
- Co? – zagryzła wargi oszołomiona.
Reklama : suché sauny
- Słucham śmiechu Mozarta od 6.00 rano. Zdiagnozowałem już drugą fazę choroby dwubiegunowej, zespół Arnolda-Chiariego, uzależnienie od barbituranów, parodontozę, ukryte wole endemiczne, zapalenie tarczycy Hashimoto, kleszczowe zapalenie mózgu, a także rytifobię, odontofobię, majeutofobię, tokofobię, ichtiofobię, amolesofobię, i amaksofobię. I pantofobię zresztą*.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Ichtiofobię? A co to jest w o ogóle??
- Paniczny lęk przed rybami.
- I chcesz to opublikować?
Reklama : giętarka
- Spodziewasz się, że ukryję ten raport w schowku na miotły?
Spłonęła rumieńcem.
- Nie bardzo rozumiem, skąd to zażenowanie – rzekł obłudnie Mouse. Mozart z kolei zaśmiał się jak kapucynka, której wypomniano brak bielizny i podkreślające to skrzywienie kręgosłupa.
- Ale przecież to nie jest Mozart – wycedziła.
- Oczywiście, że nie. To najwyraźniej John Candy po chemioterapii.
- Mouse… Przecież to….
Popatrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami.
- Kaspar Hauser?
Reklama : sauny suche
Westchnęła ciężko.
- Hassan ibn Sabbah, zwany Starcem z Gór? – dociekał ze śmiertelną powagą.
- Tom Hulce. Aktor. Który zagrał Mozarta w filmie „Amadeusz”. Nie możesz rozpoznać chorób Mozarta na podstawie śmiechu Toma Hulce’a – tłumaczyła Mouse’owi jak dziecku. – Nikt śmiechu Mozarta nie zarejestrował. Niczego nie nagrywano w czasach Mozarta.
Zapadła krępująca cisza. Mouse był wyraźnie oszołomiony tym, co usłyszał, bo płazio wybałuszonymi oczami patrzył to na nią, to na chichoczącego w amoku Toma Hulce’a. Candie poczuła nawet wyrzuty, że zdruzgotała tę całą „przełomową” euforię Mouse’a i zaczęła rozważać, czy nie wypadało ratować jego formy przy pomocy odwrócenia się ponownie tyłem i kapucynkowego nachylenia kręgosłupa. Zanim jednak to uczyniła, Mouse przełamał zdrewnienie i z całkowitym spokojem, nieomal zadowolonym głosem obwieścił:
Reklama : catering warszawa
- Zdiagnozowałem Toma Hulce’a. Na podstawie śmiechu. Jest chory na zespół Arnolda-Chiariego i kleszczowe zapalenie mózgu. A przynajmniej był podczas wizyty u cesarza Franciszka I w roku 1762. Jesteś głodna? Chcesz porzucać piłką? I masz ładne piersi. W życiu ich nie widziałem. Ale diagnozuję na podstawie twoich tęczówek.
- Mouse – wykrzywiła usta, chociaż wzmianka o piersiach przywiodła miłą myśl o kwarantannie w schowku na miotły. – Potrzebuję twojej pomocy.
- W takim razie nie wyróżniasz się w tłumie obywateli New Jersey. Przynajmniej dopóki nie ściągniesz tego gestapowsko obciągniętego kostiumu.
Reklama : flagi druk
Nabrała głęboko powietrza do płuc.
- Mam kłopotliwego pacjenta.
- Nasz przyjaciel Wilkinson zachorował? Chyba nie na raka?
- Mamy Münchhausena, Mouse…
- A! Zatem symulant. Lubię takich ukarać operacją.
- On się nazywa Münchhausen, na miłość boską. To nie zespół Münchhausena, tylko sam Münchhausen. Baron Münchhausen!
- A – Mouse uniósł jedną brew i przeszył ją bacznym spojrzeniem. – Niech do mnie natychmiast przyjdzie. Jestem u siebie – potoczył dłonią dokoła.
- To pacjent z wypadku, Mouse – zasapała Candie.
- W całości? Czy jeszcze zwożą części? – Mouse zmarszczył czoło, upodobniając je do Kordylierów, po czym zaczął rzucać piłką o ścianę, strącając obrazy.
Reklama : grotta di sale
- W całości, bo to on przejechał kogoś.. Jest w szoku. Narzeka na silny ból w nodze. Myślę, że to problem neurologiczny. Reakcja na stres.
- Ból w nodze? – Mouse złapał piłkę i popatrzył na nią z gwałtownym zainteresowaniem.- W której?
- Poczułeś więzi? – Candie uśmiechnęła się krzywo. – On też ma kłopot z prawą nogą. Poza tym jest twojego wzrostu i tak samo brzydko przystojny. Ale to wszystko, co was łączy. Jest Czarny i młodszy od ciebie o dziesięć lat.
Reklama : flagi gabinetowe
Mouse zmarszczył brwi i przyglądał się jej w zastanowieniu. W końcu poderwał się, by wstać – ale uczynił to tak energicznie jak niezręcznie i runął jak długi. Na jego twarzy nie drgnął jednak ani jeden mięsień, jakby nie stało się nic, nad czym nie miał kontroli.
A ponieważ nie wstawał, rozłożony nieruchomo na wykładzinie i wpatrzony pogodnie w sufit, zbita z tropu Candie wykrztusiła:
- Mouse!… Wywróciłeś się.
- Kiedy?
- Mouse!
- Wcale się nie przewróciłem – zaprzeczył z dziecinnym uporem.
- Przecież leżysz – zasapała bezradnie.
- Owszem. Leżę, bo położyłem się, by się zastanowić nad przypadkiem.
- Mousssse… Przewróciłeś się.
- Jesteś głodna?
Reklama : sóbarlang
*****
- Wasze sugestie – Mouse stanął z flamastrem przy tablicy.
- Kropidlak – rzucił natychmiast Blackman.
- Albo toczeń – uzupełniła Cameroon.
Mouse przez chwilę przyglądał im się z kamienną twarzą, która nasunęła im niemiłe podejrzenie, że palnęli jakieś głupstwo.
- Skąd te wnioski? – spytał w końcu, oglądając się za siebie. Candie stała w drzwiach z założonymi rękami, już nie wypięta, raczej nonszalancka, urażona. Jej twarz wykrzywiał osobliwy grymas dziewczynki, której ukradziono rower czterokołowy i ulubione klipsy.
- Noo – Blackman rozłożył dłonie niczym pastor obiecujący pobłażanie na Sądzie Ostatecznym – zawsze tak wyrokujemy. Toczeń albo kropidlak. To się sprawdza.
Reklama : wieczór panieński
- Doskonale – ocenił Mouse krótko. Przesunął znudzony wzrok na pochodzącego z Tasmanii Chayse’a. – A ty co sugerujesz, milczku znaleziony w przechowalni bagażu? Podejrzewasz, że pacjent zatruł się pyłem z polskiej kopalni?
- A co ty sądzisz?
- Że to sarkoidoza.
- I ja tak sądzę.
- A tak naprawdę: że to autoagresja.
- Doszedłem do tego samego wniosku – rzekł niezmieszany Chayse. – Objawy pasują idealnie. Operujmy.
Reklama : solná jeskyně
Popatrzyli na niego oszołomieni. Mouse zmarszczył brwi. Trochę za bardzo, ale już dawno stracił kontrolę nad własną ekspresją i personel szpitala przywykł. Tylko pacjenci czasem umykali z przychodni przestraszeni metamorfozą, którą uzasadniałby tylko Halloween.
Część z nich wracała zresztą bardzo szybko. Ta część, która wybiegała na zewnątrz w chaosie i bez rozglądania się na boki. Ich poturbowane ambulansami i dostawczymi pick-upami ciała wnoszono z powrotem do gmachu, a Mouse znów nad nimi stawał i terroryzował socjopatyczną ekspresją twarzy, która była zdolną opisać dwa stulecia wydarzeń w Europie.
Reklama : serwis wózków widłowych wrocław
I eksterminację Azteków.
- Co chcesz operować? – spytała z niedowierzaniem Candie.
- Noo, to jeszcze ustalimy – rzekł swobodnie Chayse. – Ale nie twierdzę, że nie można zacząć operować bez konkretnego celu. Nóż otwiera cel.
Cameroon przyjrzała mu się z przerażeniem, a Blackman z rezygnacją skrył twarz w dłoniach.
- Chayse – Mouse patrzył na tablicę. – Przynieś mi kawę.
- Jasne, szefie!
- I hot-doga.
Chayse poderwał się, ale zamarł, gdy usłyszał kolejne rozszerzenie zamówienia.
- I siedemnaście snickersów.
- Siedemnaście??
Reklama : grota solna
- Każdego kupisz w innym sklepie. Inaczej ściągniesz na siebie uwagę FBI. Są bardzo czuli na punkcie dziwaków.
- Aha – Chayse ruszył do drzwi ogłupiały.
- I komiks o powieszeniu Batmana – dorzucił Mouse z powagą, która zawstydziłaby grabarzy rządowych.
Kiedy Chayse wyszedł, Blackman zwrócił na swego szefa przejęte oczy.
- Jest taki komiks? Powiesili go?
- Tak – potwierdził Mouse niewzruszony. – Ku-Klux-Klan. Przecież był Czarny. Rozumiem twoje odczucia. To był jedyny latający Czarny.
- Mouse! – odezwała się karcąco Candie. – Nie ma takiego komiksu. Chciałeś pozbyć się Chayse’go. Dziwne, skoro we wszystkim cię popiera.
- Właśnie dlatego. Przydupasy z miłością i oddaniem, zadają bratobójcze ciosy nożem w okolice nerki.
- Więc Batman żyje? – wymruczał cicho Blackman.
Mouse przesunął na niego pusty wzrok płaza, który zapomniał się podczas wygrzewania na słońcu i wysechł z życia.
Reklama : maszyna do obróbki metalu
- Oczywiście. Nie mniej niż Kuba Skoczek.
- Kto?
- Jeden z pierwszych terrorystów miejskich. Skakał dalej niż kangur po dachach i ludziach Londynu w drugiej połowie XIX wieku. Na piersi miał zawieszoną karbidówkę, bo był agresorem nocnym.
- Pacjent czeka – przypomniała Candie.
- Załóżmy białe kaptury i powieśmy go – zażartował Mouse swobodnie.
Bardzo swobodnie. Nie zaśmiał się nikt, a Blackman pokręcił głową.
Mouse wzruszył ramionami i odwrócił się do tablicy.
- Przeanalizujmy objawy jeszcze raz. Mamy tu: rozjeżdżanie białoskórych przechodniów z sześciorgiem dzieci, ucieczka z miejsca wypadku o sześćdziesiąt cali, symulowanie bólu w nodze i chwytanie za tyłek samego siebie, bo pielęgniarki były poza zasięgiem.
Reklama : skidate
- Powieśmy go – zaproponował Blackman.
Mouse przeszył go wzrokiem.
- Jesteś rasistą – osądził z satysfakcją. – Nie lubisz Czarnych.
- Nonsens – żachnął się Blackman.
- Pacjent czeka. – Candie trochę zmieniła wyraz twarzy. Teraz zdawała się żywić pretensje o podpalenie domu i uwiezienie sióstr do siedlisk Szoszonów.
Gdy tymczasem jej żaden Szoszon nie porwał…
Nikt nigdy nie dopadł jej w tym schowku na miotły.
- Tak – skinął głową Mouse. – Dyskusja jest jak zwykle jałowa. Bawicie się w osądzanie Czarnych, gdy to biali lekarze szczepią amerykańskie dzieci mieszaniną rtęci, aluminium, acetonu i tkanki z abortowanych płodów.
Reklama : doniczki ceramiczne
- Skąd wiesz, u licha? – spytał z przejęciem Wilkinson, który właśnie pojawił się za plecami Candie.
- Przecież jestem białym lekarzem. Robię, co do mnie należy.
*****
Baron Münchhausen nieufnie i z rosnącym niepokojem przyglądał się nachylonej nad nim twarzy. Twarz była skrajnie pomarszczona, waranowo stężała, a wypchnięte nieznaną i niekoniecznie kontrolowaną siłą gałki oczne świdrowały go z nieznośnym i raczej źle rokującym uporem. Nieufność została utracona minutę wcześniej – dziwny lekarz natychmiast po wejściu zablokował drzwi laską o rączce w kształcie upiornego sukkuba**, po czym zerwał gwałtownie kroplówkę uwieszoną nad łóżkiem. Niespecjalnie też ujął Münchhausena, kiedy rozchylił marynarkę i odsłonił koszulkę z wielką flagą Konfederacji.
Reklama : bębny napędowe
Czarnoskóry pacjent Münchhausen trochę już się bał i myślał o ucieczce.
- Czy… coś nie tak? – wykrztusił w końcu.
- Nic poza tym, że anihilował pan całą rodzinę spieszącą po nagrodę do burmistrza. Poza tym jest problem z pańską nogą.
- Problem? – przełknął ślinę pacjent. – Ale ja już nie czuję bólu właściwie. A tamci biedacy wbiegli mi pod auto, nic nie mogłem zrobić…
- Mógł pan jechać na zakupy autobusem albo zostać w domu i poświęcić czas na zawieszanie portretów abolicjonistów na ścianie salonu. A noga… – Mouse odchylił kołdrę i przyjrzał się prawej nodze z namaszczeniem. – Ciekawe.
Reklama : wibrator
- Co to oznacza dokładnie? – spytał z ociąganiem Münchhausen. Starał się nie patrzeć na twarz doktora, ale kiedy odwracał od niego wzrok, ściągał go natychmiast straszny sukkub zdobiący laskę.
Mouse pokiwał głową, niespiesznie przykrył nogę, wygładził kołdrę i z odprężeniem wrócił spojrzeniem do pacjenta.
- Wszystko jasne – orzekł.
- Ale co? – zasapał pacjent bliski desperacji.
- Głos panu drży.
- Doktorze…
- Co pan robił w Turcji? – przerwał Mouse.
Reklama : awaryjne otwieranie drzwi
Baron Münchhausen zamilkł oszołomiony. Widocznie też wrosło jego przerażenie, bo skulił się, a nawet oddalił od doktora tak dalece, jak tylko mógł. To jakieś dwa cale.
- W Turcji? – wybełkotał, ocierając dłonią spocone czoło. – Nigdy nie byłem w Turcji…
- Obaj doskonale wiemy, że pan był – rzekł zimno lekarz. – I w Oczakowie.
- W… Gdzie?!
- W Oczakowie. Nad Dnieprem.
Pacjent z trwogą obejrzał się na drzwi. Nie zauważył jednak żadnych przechodzących za szybami członków personelu.
Natomiast znów zauważył sukkuba.
Co gorsza, odniósł wrażenie, że sukkub zauważył jego.
- Nie rozumiem, o czym pan mówi, doktorze – wykrztusił. – Czy mógłby pan wezwać…
- Przecież walczył pan w wojnie rosyjsko-tureckiej? – uniósł brwi Mouse. – Odpalono pocisk, na którym pan drzemał, zgadza się?
Reklama : przeglądy instalacji
Pacjent potrząsnął głową.
- Nie – zaprzeczył z wysiłkiem. – Nie zgadza się. Pan mnie z kimś myli, proszę sprawdzić kartę…
Mouse uczynił rzecz straszną – znowu wykształcił na swojej twarzy pasmo Kordylierów, po czym oderwał socjopatyczny wzrok od Münchhausena, wyprostował się, odszedł na koniec łóżka i spojrzał na kartę.
- Rzeczywiście – wymruczał z zafascynowaniem.
Reklama : prywatny detektyw warszawa
- A nie mó…
- August Dieckmann, SS-Obersturmbannführer, odznaczony Krzyżem Rycerskim Żelaznego Krzyża z Liśćmi Dębu i Mieczami.
- Co pan…??
Mouse ziewnął i znów pochylił się nad do reszty spanikowanym pacjentem.
- Oczywiście żartowałem. Karta wyraźnie podaje, że nazywa się pan Münchhausen.
- Nazywam się Münchhausen, Chryste panie, ale nigdy nie walczyłem z Rosjanami! – wykrzyknął z rozpaczą czarnoskóry pacjent.
Zapadła cisza. Mouse przypatrywał się swojemu podopiecznemu z widocznym zaintrygowaniem.
- Może w istocie nie jest pan tym baronem – chrząknął. – W ogóle pierwszy raz spotykam czarnego arystokratę.
Reklama :wyposażenie kosmetyczne
Pacjent spojrzał na niego jak na szaleńca, co zresztą miało swoje uzasadnienie.
- Nie jestem baronem… Baron to moje imię.
Teraz milczenie trwało dłuższą chwilę. Przez ten czas pacjent modlił się z zamkniętymi oczami o nadejście pielęgniarki, a Mouse gładził brodę ze wzrokiem utkwionym tępo w sukkubie.
- Wracając do tematu – odezwał się wreszcie tonem człowieka pogrążonego w przyjacielskiej pogawędce. – Nogę da się uratować, ale za pewną antropologiczną cenę.
Reklama : szczotki
Przez minutę Baron Münchhausen nie odzywał się, udając, że nie jest zainteresowany sprecyzowaniem określenia „antropologiczna cena”. Ale w końcu poddał się, tuż po tym, jak zobaczył pielęgniarki umykające spod drzwi i mrugające porozumiewawczo do diabolicznego lekarza.
- To znaczy? – wyszeptał, ponownie przymykając powieki.
- Proszę mi zaufać, baronie – wymruczał Mouse.
Po czym huknął stołkiem w czoło pacjenta.
*****
Kilka tygodni poszukiwano doktora Mouse’a. Ponieważ nie było to pierwsze zniknięcie, alarm pozbawiony był większego hałasu medialnego i rozkuwania murów szpitala. Zresztą doktor Wilkinson, przyjaciel Mouse’a, odradził „tego rodzaju reklamę” placówki, bo Mouse i tak sam się odnajdzie, „niestety”.
Candie wypuściła z dłoni teczkę, gdy ujrzała Mouse’a maszerującego przez hol z miną wyrażającą najwyższe odprężenie.
- Mouse! – krzyknęła. Zaraz też spłoniła się, bo ucichł gwar i wszystkie głowy zwróciły się na nich.
Mouse podszedł do niej z uśmiechem.
- Kochasz mnie? – spytał.
Reklama : restauracja warszawa
- Brzydzę się tobą.
- Czy dlatego siedziałaś przez tydzień w schowku? – spytał, schylając się ku ziemi. Podał jej teczkę i dodał niewinnym tonem: – Sprzątaczki mówiły.
- Gdzie byłeś? – spytała przez zęby.
Pokręcił głową w zafrapowaniu.
- Wyobraź sobie, że położyłem się na chwilę w jednej z nieczynnych sal prosektorium i zapadłem w śpiączkę. Ale teraz czuję się bardzo witalny. Myślę, że wyjdziemy gdzieś wieczorem z Wilkinsonem jako drag queens. Dołączysz?
Potrząsnęła głową z ciężkim westchnieniem.
- Znaleźliśmy Barona Münchhausena.
- Na Boga – popatrzył na nią wielkimi oczami wstrząśniętego dziecka. – To on też zniknął?… Gdzie był?
- W jednej z nieczynnych sal prosektorium.
Teraz on pokręcił głową.
- Perwersyjne i faszystowskie – osądził.
Candie chciała coś powiedzieć, ale otwarła tylko usta jak ogłuszona ryba, patrząc na niego bezradnie.
- Zbyt łagodnie traktujemy pacjentów – rzekł z przyganą Mouse, patrząc na swoje buty. – Niedługo będzie im się wręczać Krzyże Rycerskie Żelaznego Krzyża z Liśćmi Dębu i Mieczami.
Reklama : wina
Odwrócił się od niej i ruszył do wyjścia.
- Gdzie idziesz? – spytała z żalem.
- Pobiegać – odparł swobodnie.
Uszedł ledwie kilka kroków, gdy zatrzymał go zaaferowany, dość spięty głos Candie.
- Mouse!… Pacjent Münchhausen… Jego prawa noga…
Przystanął i zwrócił na nią zaintrygowaną twarz.
- Co z nią? – spytał.
kiedy na jednej probówce z czystą wodą przyklejono karteczki z napisami: „miłość”, „dobroć”, „kocham cię”, „anioł”, „dusza”, „dziękuję”, „Matka Teresa” itp., a na drugiej „nienawiść”, „Hitler”, „diabeł”, „ty głupku!”, „robisz ze mnie idiotę! zabiję cię!”.

biofotonów. Strumień ten gwałtownie zmienia się, gdy do komórki wdziera się wirus – następuje eksplozja promieniowania, później cisza i następnie znów od nowa eksplozja i powolny zanik promieniowania, w kilku falach, aż po śmierć komórki. Przypomina to niemal ryki umierającego zwierzęcia.” Tak oddziałuje na komórki wirus. Podobnie oddziałują na komórki i inne destrukcyjne czynniki.